[Verse 1]
Chyba była czarownicą, aż mnie oczarowała,
na klatce miałem lód, a jej dłoń mi go roztapiała.
Weszła cicho, a w powietrzu zrobiło się gęsto,
jednym ruchem zrobiła z mojego spokoju więzienie.
Mówiła miękko, lecz w oczach miała stal,
ja miałem plan na tydzień, ona miała plan na żal.
W bramie pachniało deszczem, w kieszeni szumiał dźwięk,
a ona śmiała się tak, jakby znała każdy mój lęk.
Na stole trzy popielniczki, w nich obce sny i ślady,
ona liczyła chwile, ja gubiłem swoje śluby.
I mówiła: „zostań blisko”, jakby to był zwykły żart,
a ja już byłem w środku, choć stałem jeszcze przy drzwiach.
Znała moje słabe punkty, trafiała w nie bez słów,
ja w jej głosie słyszałem słony smak starych burz.
Gdy szła przez ten bałagan, wszystko brało inny kolor,
jakby los mi zmienił mapę, nim zdążyłem zadać ból.
[Chorus]
Chyba była czarownicą
Aż mnie oczarowała
Chyba była czarownicą
I mi głowę zabrała
A ona kochała te białe kreski
Ja kochałem ten moment
A ona kochała te białe kreski
I wszystko poszło w ogień
[Verse 2]
Nie pytałem skąd przychodzi, bo odpowiedź była ciężka,
miała twarz jak niewinność, a w środku zimna przestrzeń.
W nocy były rozmowy, co pachniały jak upadek,
każde zdanie miało haczyk, każdy śmiech miał drugi kadr.
W moim mieszkaniu echo robiło za sumienie,
ona liczyła na palcach, ile jeszcze dam jej przenieść.
Skręcał mi się język, gdy mówiła o „na chwilę”,
bo „na chwilę” z nią znaczyło: zostaw wszystko i zniknij.
Na dywanie były ślady po butach i po decyzjach,
ja udawałem twardego, ona czytała mnie bez pytań.
Wzięła mój spokój w dłoń, rozkruszyła go na pył,
potem śmiała się, że serce mam za miękkie na ten styl.
Każdy jej gest był jak zaklęcie pod skórą,
raz mnie wznosił pod sufit, raz ciągnął w dół, w dół, w górę.
I choć mówiłem „dość”, to wracałem jak w transie,
bo była jak zakręt, po którym ginie się na własnej trasie.
[Chorus]
Chyba była czarownicą
Aż mnie oczarowała
Chyba była czarownicą
I mi głowę zabrała
A ona kochała te białe kreski
Ja kochałem ten moment
A ona kochała te białe kreski
I wszystko poszło w ogień
[Verse 3]
Potem przyszło przebudzenie, zimne jak metal poręczy,
puste kubki, porozrywane notatki, świt bez tlenów.
Patrzyłem w swoje odbicie, a tam ktoś obcy stał,
taki sam wzrok, tylko pęknięty, jakby coś go cały czas gnał.
Nie była z bajki, nie była snem, nie była znikąd,
była lekcją, której cena miała smak zbyt gorzki.
Zrozumiałem wreszcie prosto, bez tych wszystkich mgieł,
że