[Verse 1]
Chyba była czarownicą, bo mnie wzięła na krzyż
Jedno spojrzenie i już miałem w głowie brudny quiz
Weszła lekko jak dym, a zostawiła ciężki ślad
W palcach miała zimny błysk, w słowach słodki, lepki jad
Mówiła cicho, lecz trafiała prosto w kręgosłup
Ja udawałem twardy gość, a w środku robił się rozstęp nóg
Na jej nadgarstku srebro, na ustach pieprzny uśmiech
Ja już wiedziałem, że to wchodzi w głowę, choć miało wyjść przez klucz
Znała moje słabe strony, zanim zdążyłem je zwinąć
Potrafiła jednym szeptem cały rozsądek wywinąć
Siedziałem blisko, lecz daleko, jakbym stał pod wodą
A ona kręciła światem jakby miała z losem zgodę
Jej śmiech miał pazur, jej wzrok miał ruchome dno
Każde „chodź” brzmiało jak wyrok, każde „zostań” jak tło
Ja byłem pionkiem, ona ruchem, ona cieniem, ona dniem
I wtedy pierwszy raz pomyślałem: to nie flirt, to sen
[Chorus]
Biała czarownica
Zrobiła ze mnie mgłę
Biała czarownica
I już nie cofnę się
Biała czarownica
Wciąga mnie w swój rytm
Biała czarownica
Ja tonę, gdy patrzy wstecz
[Verse 2]
Potem przyszły białe kreski, cienkie jak nerw na szyi
Nie pytałem skąd je ma, bo już byłem poza siłami
Mówiła: „spokojnie, to nic”, a w oczach miała noc
I nagle każdy mój rozsądek zginał się w pół jak most
Były noce bez snu, były dni bez twarzy
Telefon milczał jak grób, a głos mi się zaczął łamać w szarpie
Chciałem wyjść z tej spirali, lecz ona trzymała klucz
Raz była czuła jak miód, raz zimna jak metal i kurz
Na stole rachunki, pod zlewem puste szkło
W jej spojrzeniu był rozkaz, w jej dłoniach niepokój, zło
Kiedy pytałem, kim jesteś, śmiała się krótko, półgębkiem
Jakby znała moje jutro, zanim zdążyłem je skręcić rękiem
A ja po mieście bez celu, z sercem połamanym w pół
Każdy znajomy miał radę, ale nikt nie znał jej sztuk
W lustrze widziałem faceta, co sam sobie zbudował mur
I faceta, co dla jednego uśmiechu wszedł w ciemny błąd
[Chorus]
Biała czarownica
Zrobiła ze mnie mgłę
Biała czarownica
I już nie cofnę się
Biała czarownica
Wciąga mnie w swój rytm
Biała czarownica
Ja tonę, gdy patrzy wstecz
[Verse 3]
Pękł ten czar, gdy zobaczyłem ją samą, bez masek
Bez śmiechu, bez sztuczek, bez tej całej gry na blaszkę
Stała w kuchni przy oknie, ręce drżały jej jak liść
Wtedy pierwszy raz wyglądała jak ktoś, kto chce tylko wyjść
Powiedziała: „ja też tonę, ja też ledwo łapię tlen”
I nagle cały mój gniew uciekł, został tylko cienki cień
Nie było w niej potwora, była rana, stary ślad
Ktoś kiedyś zrobił z niej narzędzie, ktoś ją wcisnął w ten świat
Zrozumiałem — to nie czary, tylko głód, tylko strach
Tylko serce,