[Verse 1]
Weszła bez hałasu, a jednak zrobiła szum,
w spojrzeniu miała ogień, w kieszeni biały pył.
Na stole cienka kreska, obok cisza i dym,
ja głupi, jakby serce miało wciąż siedem żyć.
Mówiła: „chodź bliżej”, więc bliżej przesunąłem cień,
jej palce jak zaklęcie, mój rozsądek poszedł w pył.
Perfumy jak zakręt, co wycina prosty tor,
a ja już nie widziałem, kto tu gra, a kto jest grą.
Śmiała się półgłosem, jakby znała każdy ruch,
w drzwiach odbijał się księżyc, na podłodze leżał kurz.
Kiedy pytałem: „kim ty jesteś?” — tylko mrugał jej wzrok,
jakby miała na języku całą noc i cały mrok.
Wzięła mnie pod żebra, bez dotyku, bez słów,
i nagle cały pokój miał smak spalonych snów.
Powiedziała: „nie uciekaj, jeszcze chwila, jeszcze raz”,
a ja czułem, że ten wieczór ma za ostry, zły pazur.
Nie chciałem wierzyć plotkom, że to serca stary chwast,
że pod skórą ma truciznę, a w uśmiechu zimny blask.
Ale każdy jej ruch był jak haczyk wbity w krtań,
i nim zdążyłem pomyśleć, już nie było gdzie się schować.
Chyba była czarownicą, gdy tak patrzyła w twarz,
w jednej dłoni miała spokój, w drugiej cały mój strach.
A ona kochała te białe kreski, wiem to dziś,
bo im bardziej się w nią wkręcałem, tym bardziej znikał mi świt.
[Pre-Chorus]
Serce waliło w rytm,
jakby chciało stąd wyjść.
Ona mówiła: „zostań,
to dopiero początek gry”.
Ja miałem w dłoni cień,
ona miała cały dzień.
I kiedy mrugnęła raz,
już nie byłem tym samym ja.
[Chorus]
Chyba była czarownicą
Czarowała mnie nocą
A ona kochała te białe kreski
I brała mój spokój całą mocą
Chyba była czarownicą
Ja wpadłem w jej sidła głową
A ona kochała te białe kreski
I zostawiła mnie z pustą drogą
[Verse 2]
Rano wszystko było inne, chociaż ściany stały tak,
na fotelu mój płaszcz, na sumieniu ciężki ślad.
Telefon milczał długo, jakby też miał mnie dość,
a w lustrze stał facet, którego nie znał własny nos.
Pamiętałem jej paznokcie, czerwone jak niedosyt,
i ten śmiech rozbity w zębach, kiedy mówiła „prościej”.
Na blacie został proszek, jakiś list, urwany ślad,
i ten numer bez nazwiska, co mi walił prosto w mózg.
Próbowałem to poskładać, ale każdy kawałek kłuł,
w parku wiatr przewracał ławki, a ja wracałem w dół.
Koledzy mówili: „bracie, ona ciągnie cię pod lód”,
lecz ja broniłem jej przed nimi, choć sam tonąłem w lód.
Była jak sprytny skok, który udaje piękny taniec,
jak uśmiech na granicy, co cię wpycha w drugie dno.
Gdy znikała, zostawiała w powietrzu lepki ślad,
a ja chodziłem po nim cicho, jakbym zgubił cały świat.
Ktoś widział ją na osiedlu,