=== Lyrics Generated by Suno AI === Task ID: unknown_1787776034 Variant: 2 Title: Czarownica i kreski Status: complete Generated: 2026-08-26 20:27:14 ======================================== [Verse 1] Weszła bez hałasu, a jednak zrobiła szum, w spojrzeniu miała ogień, w kieszeni biały pył. Na stole cienka kreska, obok cisza i dym, ja głupi, jakby serce miało wciąż siedem żyć. Mówiła: „chodź bliżej”, więc bliżej przesunąłem cień, jej palce jak zaklęcie, mój rozsądek poszedł w pył. Perfumy jak zakręt, co wycina prosty tor, a ja już nie widziałem, kto tu gra, a kto jest grą. Śmiała się półgłosem, jakby znała każdy ruch, w drzwiach odbijał się księżyc, na podłodze leżał kurz. Kiedy pytałem: „kim ty jesteś?” — tylko mrugał jej wzrok, jakby miała na języku całą noc i cały mrok. Wzięła mnie pod żebra, bez dotyku, bez słów, i nagle cały pokój miał smak spalonych snów. Powiedziała: „nie uciekaj, jeszcze chwila, jeszcze raz”, a ja czułem, że ten wieczór ma za ostry, zły pazur. Nie chciałem wierzyć plotkom, że to serca stary chwast, że pod skórą ma truciznę, a w uśmiechu zimny blask. Ale każdy jej ruch był jak haczyk wbity w krtań, i nim zdążyłem pomyśleć, już nie było gdzie się schować. Chyba była czarownicą, gdy tak patrzyła w twarz, w jednej dłoni miała spokój, w drugiej cały mój strach. A ona kochała te białe kreski, wiem to dziś, bo im bardziej się w nią wkręcałem, tym bardziej znikał mi świt. [Pre-Chorus] Serce waliło w rytm, jakby chciało stąd wyjść. Ona mówiła: „zostań, to dopiero początek gry”. Ja miałem w dłoni cień, ona miała cały dzień. I kiedy mrugnęła raz, już nie byłem tym samym ja. [Chorus] Chyba była czarownicą Czarowała mnie nocą A ona kochała te białe kreski I brała mój spokój całą mocą Chyba była czarownicą Ja wpadłem w jej sidła głową A ona kochała te białe kreski I zostawiła mnie z pustą drogą [Verse 2] Rano wszystko było inne, chociaż ściany stały tak, na fotelu mój płaszcz, na sumieniu ciężki ślad. Telefon milczał długo, jakby też miał mnie dość, a w lustrze stał facet, którego nie znał własny nos. Pamiętałem jej paznokcie, czerwone jak niedosyt, i ten śmiech rozbity w zębach, kiedy mówiła „prościej”. Na blacie został proszek, jakiś list, urwany ślad, i ten numer bez nazwiska, co mi walił prosto w mózg. Próbowałem to poskładać, ale każdy kawałek kłuł, w parku wiatr przewracał ławki, a ja wracałem w dół. Koledzy mówili: „bracie, ona ciągnie cię pod lód”, lecz ja broniłem jej przed nimi, choć sam tonąłem w lód. Była jak sprytny skok, który udaje piękny taniec, jak uśmiech na granicy, co cię wpycha w drugie dno. Gdy znikała, zostawiała w powietrzu lepki ślad, a ja chodziłem po nim cicho, jakbym zgubił cały świat. Ktoś widział ją na osiedlu,