[Verse 1]
Mówili, czarownica, bajki plecione
A ja, no cóż, zauroczony, serce szalone
Wzrok jej, jak topór, wbił się w mój łeb
Każde słowo, jak cios, prosto w mój łeb
Biała dama, z nią każdy dzień to był rejs
W rejs, gdzie horyzont, zakręcony, bez kresek
Ona, w dymie, w oparach, szukała ulgi
W lustrze, odbicia, widziała tylko smugi
Mówiła: "Życie, to ciągła walka, ziom"
A ja, naiwniak, wierzyłem w ten ton
W jej oczach, widziałem, niebo i piekło
Każdy dotyk, to było, jak ostre cięcie szkło
Więc szedłem za nią, jak cień, bez pytania
Wierzyłem, że miłość, to tylko doznania
A ona, w sidłach, własnych pragnień, tonęła
I każdą kreskę, z uśmiechem, wciągała
[Verse 2]
Pamiętam wieczór, deszcz bębnił o parapet
Ona, w transie, szeptała, jakiś alfabet
Alfabet, bólu, ukryty w jej dłoni
W dłoni, co drżała, jak liść, na jesieni
Mówiła, że świat, to jedna wielka gra
A ona, pionek, co stawia, na dwa
Dwa, czyli kreski, białe, jak śnieg
Śnieg, co topnieje, zostawiając, tylko lęk
Próbowałem, ją wyrwać, z tych szponów nałogu
Ale ona, śmiała się, prosto w twarz, mojemu Bogu
Mój Bóg, to była, jej miłość, bez granic
Miłość, co gasła, jak świeca, bez nic
Nic, tylko pustka, w sercu, po niej została
Kiedy zniknęła, w mroku, i nie wracała
A ja, jak idiota, czekałem, na znak
Znak, że powróci, mój osobisty, mrok
[Verse 3]
Minęły lata, a ja, wciąż widzę jej cień
Cień, co tańczy, w moich snach, każdy dzień
Dzień, bez niej, to jak, książka, bez stron
Stron, wyrwanych, z życia, przez zły ton
Ton, jej głosu, wciąż słyszę, w oddali
W oddali, gdzie dusze, w piekle, się palą
Palą się, wspomnienia, jak ogień, w kominku
W kominku, gdzie pali się, resztka, rozumu
Mówili, zapomnij, ona, to przeszłość, ziom
Ale jak zapomnieć, kiedy, w sercu, mam dom
Dom, z jej imieniem, na każdym, kamieniu
Kamieniu, co pękł, pod ciężarem, cierpieniu
Cierpienie, to cena, za miłość, do czarownic
Czarownic, co kradną, duszę, bez różnic
Więc chodzę, po świecie, z