Back to List

Białe Kreski

[Intro]
Byłem w tym mieście jak cień bez ramion,
w kieszeni miałem tylko pęknięte ambicje i harmonię ran.
A ona weszła jak znak, jak wers, jak brama,
i od tamtego wieczoru nic już nie stało tam, gdzie miało stać.

[Verse 1]
Miała spojrzenie jak nóż w aksamicie, niby miękkie, a tnie,
z ustami w kształcie obietnic, co pękają, nim zdążysz je wziąć we dnie.
Ja — poetycki drut, techniczny zwrot, w gardle mi grał mechanizm,
każdy mój wers był jak most nad przepaścią, każdy jej ruch to magnetyzm.
Znała te bramy, te klatki, te sale, gdzie cień ma swój stały adres,
a ja, naiwny jak świt po burzy, brałem jej milczenie za kadres.
Mówiła: „spójrz”, i już widziałem więcej niż inni w całym tygodniu,
jakby mi ktoś do krwi dolał atramentu, a potem podpalił mi słownik pod spodem.
Na dłoni miała znak po zębie losu, na szyi pył po cudzym locie,
i kiedy śmiała się krótko, to mi rozcinał się dzień jak papier pod ostrym grotem.

[Pre-Chorus]
Coraz bliżej, coraz ciszej,
ja w jej oczach tonę wyżej.
Coś mnie woła, coś mnie łamie,
a rozsądek stoi w bramie.

[Chorus]
Chyba była czarownicą,
zrobiła z serca tablicę.
Chyba była czarownicą,
i nie umiałem z tym nic zrobić, nic.
A ona kochała te białe kreski,
zimny błysk i nocne dreszcze.
Chyba była czarownicą,
a ja jej dałem cały syf i zysk.

[Verse 2]
Wiedziała, gdzie mnie nacisnąć, bym pękł jak szkło po mrozie,
znała mój głód, moje dumne milczenie, mój wstyd w przyciasnej todze.
Ja robiłem z siebie króla ruin, błazna z koroną z drutu,
ona miała śmiech jak zaklęcie na lód, co topi się bez powrotu.
Wchodziła w noc jak w własny salon, w obcych spojrzeniach miała mapę,
a ja za nią jak pies za śladem, jak kreda za czarnym asfaltem.
Była z tych, co nie proszą o światło — sama wycina je z mroku,
i każdy, kto chciał ją nazwać „swą”, kończył z popiołem na oku.
Mówiła: „Masz dar do ranienia słowem”, i to bolało jak prawda,
bo ja miałem język jak żyletka, a serce jak stara rozwalona szafa.
I w tej szafie trzymałem nas obu, choć nas nie było jeszcze wcale,
tylko ja i ten sen, że da się ocalić to, co od początku miało płonąć stale.

[Bridge]
Potem zniknęła bez hałasu,
bez łez, bez sędziów, bez hańby.
Został jej zapach na kołnierzu
i moje myśli bez zastawy.
Przeliczałem każdy błąd,
każdy znak, każdy zwrot,
lecz prawda miała ostre zęby:
to nie był romans, to był głód.

[Chorus]
Chyba była czarownicą,
zrobiła z serca tablicę.
Chyba była czarownicą,
i nie umiałem z tym nic zrobić, nic.
A ona kochała te białe kreski,
zimny błysk i nocne dreszcze.
Chyba była czarownicą,
a ja jej dałem cały syf i zysk.

[Verse 3]
Dziś mam już inną grawitację, już nie lecę na pierwszy szept,
bo nauczyłem
Download TXT All Lyrics