=== Lyrics Generated by Suno AI === Task ID: unknown_1787775655 Variant: 1 Title: Białe Kreski Status: complete Generated: 2026-08-26 20:20:55 ======================================== [Intro] Byłem w tym mieście jak cień bez ramion, w kieszeni miałem tylko pęknięte ambicje i harmonię ran. A ona weszła jak znak, jak wers, jak brama, i od tamtego wieczoru nic już nie stało tam, gdzie miało stać. [Verse 1] Miała spojrzenie jak nóż w aksamicie, niby miękkie, a tnie, z ustami w kształcie obietnic, co pękają, nim zdążysz je wziąć we dnie. Ja — poetycki drut, techniczny zwrot, w gardle mi grał mechanizm, każdy mój wers był jak most nad przepaścią, każdy jej ruch to magnetyzm. Znała te bramy, te klatki, te sale, gdzie cień ma swój stały adres, a ja, naiwny jak świt po burzy, brałem jej milczenie za kadres. Mówiła: „spójrz”, i już widziałem więcej niż inni w całym tygodniu, jakby mi ktoś do krwi dolał atramentu, a potem podpalił mi słownik pod spodem. Na dłoni miała znak po zębie losu, na szyi pył po cudzym locie, i kiedy śmiała się krótko, to mi rozcinał się dzień jak papier pod ostrym grotem. [Pre-Chorus] Coraz bliżej, coraz ciszej, ja w jej oczach tonę wyżej. Coś mnie woła, coś mnie łamie, a rozsądek stoi w bramie. [Chorus] Chyba była czarownicą, zrobiła z serca tablicę. Chyba była czarownicą, i nie umiałem z tym nic zrobić, nic. A ona kochała te białe kreski, zimny błysk i nocne dreszcze. Chyba była czarownicą, a ja jej dałem cały syf i zysk. [Verse 2] Wiedziała, gdzie mnie nacisnąć, bym pękł jak szkło po mrozie, znała mój głód, moje dumne milczenie, mój wstyd w przyciasnej todze. Ja robiłem z siebie króla ruin, błazna z koroną z drutu, ona miała śmiech jak zaklęcie na lód, co topi się bez powrotu. Wchodziła w noc jak w własny salon, w obcych spojrzeniach miała mapę, a ja za nią jak pies za śladem, jak kreda za czarnym asfaltem. Była z tych, co nie proszą o światło — sama wycina je z mroku, i każdy, kto chciał ją nazwać „swą”, kończył z popiołem na oku. Mówiła: „Masz dar do ranienia słowem”, i to bolało jak prawda, bo ja miałem język jak żyletka, a serce jak stara rozwalona szafa. I w tej szafie trzymałem nas obu, choć nas nie było jeszcze wcale, tylko ja i ten sen, że da się ocalić to, co od początku miało płonąć stale. [Bridge] Potem zniknęła bez hałasu, bez łez, bez sędziów, bez hańby. Został jej zapach na kołnierzu i moje myśli bez zastawy. Przeliczałem każdy błąd, każdy znak, każdy zwrot, lecz prawda miała ostre zęby: to nie był romans, to był głód. [Chorus] Chyba była czarownicą, zrobiła z serca tablicę. Chyba była czarownicą, i nie umiałem z tym nic zrobić, nic. A ona kochała te białe kreski, zimny błysk i nocne dreszcze. Chyba była czarownicą, a ja jej dałem cały syf i zysk. [Verse 3] Dziś mam już inną grawitację, już nie lecę na pierwszy szept, bo nauczyłem