[Verse 1]
Przyszła jak znak, nie jak człowiek, bardziej jak cień po burzy,
Włosy miała jak dym nad polem, a oczy jak nóż w skórze.
Na rynku mówiła ciszej niż sumienie po północy,
A każdy jej krok robił szmer, jakby ziemia znała mocy.
Ja byłem z tych, co tną wersy, liczą zgłoski, łamią klatki,
Ona śmiała się krótko: "Ty liczysz rymy, ja liczę wtarki."
W ręce miała sokółkowy znak, w palcach pył z ziół i popiołu,
I nagle cały mój rozum usiadł jak pies przy jej stołku.
Mówiła: "Nie patrz tak długo, bo wzrok to zbyt tani miecz",
A ja już stałem bezradny, choć miałem na ustach śmieć.
Na szyi nosiła amulet, w kieszeni suszony piołun,
A ja, co zwykle mam stal w gardle, nagle miałem tam tylko ogon.
Jej śmiech jak szkło w miodzie, słodki, lecz tnie od środka,
I każdy mój dumny plan topniał jak śnieg na rozgrzanych płotkach.
Powiedziała: "Masz serce jak targ, pełno na nim krzyku i cen,
Ja nie kupuję, ja biorę, jeśli tylko pozwolisz mi wejść."
[Pre-Chorus]
I weszła.
Bez pukania, bez wstydu.
Weszła mi w sen,
jak ogień w suchy rytm.
I szepnęła:
"Nie broń się, chłopcze.
Jak chcesz ocaleć,
to przestań być twardy."
[Chorus]
Molfar, molfar, ona mnie zna,
chyba była czarownicą, bo mnie kurwa oczarowała.
Molfar, molfar, wszystko mi da,
a potem jednym spojrzeniem cały plan mi rozpierdala.
Molfar, molfar, noc mówi "tak",
a ja tonę w jej imieniu, jakbym sam je wybrać miał.
Molfar, molfar, serce ma ślad,
chyba była czarownicą, bo mnie kurwa oczarowała.
[Verse 2]
Nazajutrz w moim mieszkaniu stał zapach mokrej ruty,
Na stole dwa kubki, choć byłem sam — to były jej buty.
Zostawiła mi kartkę bez podpisu, tylko pięć znaków:
"Jeśli wrócę, nie pytaj skąd. Jeśli zniknę, nie pal światła."
I wtedy zrozumiałem, że to nie była żadna gra,
Tylko pożar ubrany w skórę, co do drzwi nie pukał — brał.
Poszedłem za śladem po deszczu, przez most i przez stary sad,
Tam, gdzie czarny pies nie szczeka, tylko pamięta każdy ślad.
W kapliczce przy drodze znalazłem sól rozsypaną w krąg,
A w środku jej cień i mój cień, jak dwa noże na jeden ząb.
Ona stała przy świecach, spokojna jak wyrok bez sędziów,
I rzekła: "Chciałeś prawdy? To patrz, jak się robi z pęknięć most".
Pokazała mi bliznę na nadgarstku, znak po starym przysiężeniu,
Że urodziła się w domu, gdzie płacz był językiem kamieni.
Że uciekła od ludzi, co chcieli jej mocy i ciała,
Że każdy, kto ją nazwał złem, sam był tylko głodny jak szał.
A ja, technik od pustych zwycięstw, od wersów zbyt ostrych i czystych,
Stanąłem nagle bez zbroi, z sercem obdrapanym do blizny.
Bo zrozumiałem w tej chwili, gdy patrzyła prosto i jasno:
To nie czary mnie złamały, tylko to, że pierwszy raz było mi własno