Back to List

Białe Kreski

[Zwrotka 1]
Wpadła jak grzech, w płaszczu z deszczu, bez pytań, bez map
W oczach miała brzeg, jakby niosła ze sobą własny stan
Ja miałem plan, lecz plan mi pękł, gdy spojrzała w bok
I nagle cały mój chłód stopniał, jak w dłoni mokry blok

Mówiła: „Nie wierz nikomu”, a ja już wierzyłem w dym
W tym mieście każdy ma maskę, a ona miała ich trzy
Na stole szkło, na szafce cień, w gardle gorzki ślad
A ja głupio chciałem być czysty, choć brudził mnie jej blask

Miała śmiech jak nóż, co tnie powietrze i nie pyta o sen
Każde jej słowo było haczykiem, każdy gest jak cień
Kręciła światem na palcu, jakby to był tani żart
Ja, chłopak z ambicją, zjadłem haczyk, przepadł cały start

Mówiła o kraju bez ran, a ja widziałem jej blizn
Ona znała każdy skrót do piekła, każdy zimny list
Ja pisałem wersy na serwetkach, ona liczyła szkło
I wtedy pierwszy raz pomyślałem: „to nie jest zwykłe zło”

[Refren]
A ona kochała te białe kreski
Białe kreski, białe kreski
A ja kochałem jej ruch zamaszysty
Aż mnie zgubił ten blask bez treści

A ona kochała te białe kreski
Białe kreski, białe kreski
Ja w jej objęciach gubiłem zmysły
I wracałem sam, coraz cichszy

[Zwrotka 2]
Był październik, mokry bruk, na przystanku stał mój wstyd
Ona miała nowe futro, nowe kłamstwa, stary rytm
Mówiła: „To tylko chwila, nie pytaj mnie, skąd to mam”
A ja już nie pytałem nic, bo jej oczy były jak granat

Wciskała mi w kieszeń chaos, ja wyciągałem z tego rymy
Na stole rosły niedopowiedzenia, w oknach rosły dymy
Jej pocałunek miał smak metalu, jakby świat był zardzewiały
Ja chciałem ratować nas oboje, a ratunek brzmiał jak żal

W jej kuchni zegar dławił ciszę, kubki stały jak świadkowie
Na blacie listy bez adresu, w lodówce pusta obietnica zdrowia
Każdy jej krok był jak ucieczka, każdy mój jak dogon
Mówiła, że jest wolna, lecz wolność miała jej twarz i znak

Widziałem, jak się śmieje za mocno, jakby śmiech miał przykryć strach
Jakby pod skórą coś jej szeptało: „bierz, bierz, bierz”
A ja byłem jak pies przy furtce, wierny nawet temu, co rani
I choć czułem, że to nas pali, sam podkładałem ogniowi granicę

Szeptała, że jestem jej domem, gdy domem był dla niej dług
Że mam w sobie spokój rzeki, choć po jej brzegu płynął lód
Ja wierzyłem, bo chciałem wierzyć, bo łatwiej było nie widzieć
Aż pewnej nocy znikła bez słowa, zostawiając mi tylko pył w korytarzu

[Refren]
A ona kochała te białe kreski
Białe kreski, białe kreski
A ja kochałem jej ruch zamaszysty
Aż mnie zgubił ten blask bez treści

A ona kochała te białe kreski
Białe kreski, białe kreski
Ja w jej objęciach gubiłem zmysły
I
Download TXT All Lyrics